lis 07

- Cóż za okaz, cóż za okaz – notował prędko Pitt, przejęty do granic. – Chwytne odnóża głowowe, cztery pary szczękonóżek… Silny wachlarz ogonowy… Ostre kleszcze…
Łysy obejrzał się ponownie, zawył jeszcze przeraźliwiej. A Eueretia maxiliosa pitti wyciągnęła chwytne odnóża głowowe i silniej machnęła wachlarzem ogonowym. Łysy zakotłował wodę w rozpaczliwej i beznadziejnej próbie ucieczki.
- Niech mu woda lekką będzie – powiedział Olsen. Ale czapki nie zdjął.
- Mój tatuś – zaszczekał zębami Everett – umie pływać szybciej niż ten pan!
- Zabierzcie stąd dzieciaka – warknął wiedźmin.
Potwór rozwarł kleszcze, kłapnął szczękami. Linus Pitt zbladł i odwrócił się.
Łysy wrzasnął krótko, zachłysnął się i zniknął pod powierzchnią. Woda zatętniła ciemną czerwienią.
- Zaraza – Geralt usiadł ciężko na pokładzie. – Za stary już na to jestem… Wybitnie za stary…
*****
Co tu dużo mówić – Jaskier wprost uwielbiał miasteczko Oxenfurt. Teren uniwersytetu otoczony był pierścieniem muru, zaś dookoła muru był drugi pierścień – wielki, gwarny, zdyszany, ruchliwy i hałaśliwy pierścień miasteczka. Drewnianego, kolorowego miasteczka Oxenfurt o ciasnych uliczkach i szpiczastych dachach. Miasteczka Oxenfurt, które żyło z Akademii, z żaków, wykładowców, uczonych, badaczy i ich gości, które żyło z nauki i wiedzy, z tego, co towarzyszy procesowi poznania. Z odpadków i odprysków teorii w miasteczku Oxenfurt rodziły się bowiem praktyka, interes i zysk.
Poeta jechał wolno błotnistą, zatłoczoną uliczką, mijając warsztaty, pracownie, kramy, sklepy i sklepiki, w których dzięki Akademii wytwarzano i sprzedawano dziesiątki tysięcy wyrobów i wspaniałości, niedostępnych w innych zakątkach świata, których wyprodukowanie było w innych zakątkach świata uważane za niemożliwe lub niecelowe.

Posted by admin on Listopad 7, 2009 | Posted under Bez kategorii
lis 07

- Dobry wieczór, Mnichu – odezwał się Europejczyk. – Ktoś, kto jak wiem, często przywdziewa mnisi habit, przesyła panu gratulacje. Nie tylko z powodu Kaina, ale i gwardii przybocznej z Treadstone. O, choćby Żeglarza, kiedyś pierwszorzędnego agenta.
Gillette odzyskał głos; odezwał się ni to szeptem, ni krzykiem:
- Co to ma znaczyć? Kim pan jest?! – zawołał, udając, że nie zna mężczyzny.
- Posłuchaj, przyjacielu, to już nie jest konieczne – powiedział człowiek z pistoletem. – Z wyrazu twarzy pana Abbotta wnioskuję, iż zdał sobie sprawę, że jego dawne wątpliwości co do ciebie były słuszne. Zawsze należy ufać instynktom, prawda, Mnichu? Oczywiście, miał pan absolutną rację. Znaleźliśmy jeszcze jednego rozgoryczonego człowieka; wasz system stwarza takich ludzi z przerażającą szybkością To oczywiście on przekazał nam akta „Meduzy”, a te doprowadziły nas do Bourne’a.
- Co robisz?! – wrzasnął Gillette. – O czym ty mówisz?!
- Jesteś straszliwym nudziarzem. Alfredzie. Ale zawsze byłeś częścią „kochanego personelu”. Szkoda tylko, że nie wiedziałeś, z która ekipą masz trzymać; tacy jak ty nigdy nie wiedzą.
- Ty!… – Gillette uniósł się ciężko z siedzenia z wykrzywiona twarzą.
Europejczyk pociągnął za spust: stłumione echo wystrzału pobrzmiewało przez moment w miękko wyściełanym wnętrzu limuzyny. Gillette zgiął się gwałtownie, jego ciało osunęło się na podłogę po drzwiach samochodu; sowie oczy były w chwili śmierci szeroko otwarte.
- Nie wydaje mi się, byś chciał go opłakiwać – odezwał się Europejczyk.
- Nie ma kogo – stwierdził Mnich.
- Ale tamten człowiek to jednak Bourne. Tak, Kain zdradził. Nie wytrzymał. Długi okres ciszy jest już za nami. Wąż z głowy „Meduzy” zdecydował się uderzyć samodzielnie.

Posted by admin on Listopad 7, 2009 | Posted under Bez kategorii
lis 07

- Oho – poweselał wyraźnie bard. – Mądrość i natchnienie, jak widzę, nadal kryją się w księgozbiorach. Oooch! To lubię! Na śliwkach, prawda? Tak, to jest alchemia, co się zowie. Oto kamień filozoficzny, prawdziwie wart studiów. Twoje zdrowie, bracie. Ooooch, mocna, jak zaraza!
- Co cię tu sprowadza? – Geralt przejął gąsiorek od ‘poety, łyknął i rozkaszlał się, macając zabandażowaną szyję. – Dokąd zmierzasz?
- Donikąd. To znaczy, mógłbym udać się tam, dokąd ty się udajesz. Mógłbym ci potowarzyszyć. Długo myślisz tu zabawić?
- Niedługo. Lokalny diuk dał mi do zrozumienia, że nie jestem mile widziany w jego włościach.
- Hereward? – Jaskier znał wszystkich królów, książąt, władyków i seniorów od Jarugi po Góry Smocze. -Gwiżdż na niego. Nie odważy się zadrzeć z Nenneke, z boginią Melitele. Lud puściłby mu kasztel z dymem.
- Nie chcę kłopotów. A siedzę tu już i tak za długo. Jadę na południe, Jaskier. Daleko na południe. Tutaj nie znajdę roboty. Cywilizacja. Na cholerę tu komuś wiedź-min? Gdy pytam o jakieś zajęcie, patrzą na mnie jak na dziwoląga.
- Co też ty wygadujesz. Jaka tam cywilizacja. Przeprawiłem się przez Buinę tydzień temu, a jadąc przez kraj, nasłuchałem się przeróżnych opowieści. Podobno są tu wodniki, wijuny, przerazy, latawce, wszelkie możliwe świństwo. Powinieneś mieć roboty po uszy.
- Opowieści to i ja słyszałem. Połowa jest albo zmyślona, albo przesadzona. Nie, Jaskier^Świat się zmienia. Coś się kończy.
Poeta pociągnął z gąsiorka, zmrużył oczy, westchnął ciężko.
- Znowu zaczynasz płakać nad twym smutnym, wiedźmińskim losem? I filozofować przy tym? Dostrzegam zgubne skutki niewłaściwych lektur. Bo na to, że świat się zmienia, wpadł nawet ten stary pierdziel Roderick de Novembre. Owa zmienność świata to, nawiasem mówiąc, jedyna teza z jego traktatu, z którą można zgodzić się bez zastrzeżeń.

Posted by admin on Listopad 7, 2009 | Posted under Bez kategorii